„Nie znajdziesz 298 000 euro w dziesięć dni, doskonale o tym wiesz!”
Wyobraź sobie Lucasa stojącego na krześle, z wyciągniętą rączką po rzuceniu widelcem.
„Powinnaś była o tym pomyśleć, zanim nauczyłaś syna rzucać we mnie sztućcami, nazywając mnie służącą”.
„Ma siedem lat!” – krzyknęła. „Dzieciaki zrobią wszystko!”
„Dzieciaki powtarzają to, czego się uczą” – powiedziałam. Jeśli tak powiedział, to dlatego, że słyszał, jak ty to mówisz.
„Nigdy…”
Urwała.
„Tak, Elodie. Powiedziałaś to. I wiesz o tym”.
Zmieniła strategię.
„Ostatnio mamy problemy finansowe. Firma Adriena, rachunki, podatki…”
„Adrien kupił łódź” – przerwałam. „Widziałam zdjęcia”.
Cisza.
„Poczta przychodzi dziś rano” – kontynuowałam. „Masz dziesięć dni. Albo zapłacisz, albo zabiorę ci dom z powrotem. To twoje opcje”.
„Naprawdę zamierzasz wyrzucić siostrzeńca i siostrzenicę?” – mruknęła cichym, przeraźliwie wyrachowanym głosem.
Przeszedł mnie dreszcz.
„Naprawdę zamierzasz użyć swoich dzieci jako tarczy, skoro pozwoliłaś jednemu z nich mnie zaatakować?”
„Widelec to nie atak!”
„Jesteś ich matką” – powiedziałam. „Jeśli stracisz ten dom, to będzie twoja wina”.
I się rozłączyłam.
O 9:30 rano miałam szesnaście nieodebranych połączeń. Moja mama. Mój wujek Bernard. Sandrine. Dwie nieznane numery kuzynek, które nie kontaktowały się ze mną od lat, ale nagle poczuły się uprawnione do rozmowy o dobroci, więzach krwi i przebaczeniu.
O 10:17 rano ktoś zapukał do moich drzwi.
Wyjrzałam przez wizjer.
Moja mama stała na korytarzu, w szarym płaszczu zapiętym pod samą szyję, z postawą kogoś, kto przybył z misją. Nawet przez drzwi rozpoznałabym jej perfumy.
Pozwoliłam jej poczekać całą minutę, zanim otworzyłam drzwi.
„Musimy porozmawiać” – powiedziała, wpadając nieproszona.
„Cześć, mamo” – odpowiedziałam, zamykając drzwi.
„Nie dramatyzuj” – warknęła. „Élodie jest wściekła. Mówi, że chcesz ją przejąć z powodu jakiegoś kiepskiego żartu”.
„To nie był żart” – powiedziałam spokojnie. „Lucas rzucił we mnie widelcem. Potem nazwał mnie „pokojówką”, bo tak nauczyła go Élodie. Wszyscy przy stole się śmiali. Potem napisała mi SMS-a, żebym została na miejscu”.
Mama otworzyła usta, a potem je zamknęła.
Usiadła powoli na mojej sofie, jakby nagle odmówiły jej posłuszeństwa.
„Ja… nie wiedziałam o tej wiadomości” – mruknęła.
„Nie pytałaś” – odpowiedziałam. „Żadne z was nie pytało”.
Przyłożyła palce do czoła.
„Powiedziała mi, że przesadzasz. Że to żart”.
„To nie był żart” – powiedziałam. „To był wyrok skazujący”.
Mama spojrzała na mnie.
„Claire, nie możesz wyrzucić siostry z jej domu”.
„To nie jej dom” – odpowiedziałam.
Mrugnęła.