„Ach, ten…” – mruknął, ocierając oczy. Prawda zawsze wychodzi z ust dzieci.
Moja mama nie wybuchnęła śmiechem, nie. Jej śmiech był bardziej stłumiony. Ochrypły, powściągliwy chichot. Ale jej ramiona lśniły. A przede wszystkim w jej oczach błyszczała ta szczególna satysfakcja, którą rezerwowała na chwile, gdy Élodie gryzie mocniej niż inni.
Élodie z kolei uniosła kieliszek i powoli upiła łyk.
Nie patrzyła na mnie.
Wpatrywała się w syna, jakby właśnie wyrecytował wiersz w szkole.
„Lucasie, kochanie” – powiedziała miękkim, udającym dezaprobatę głosem – „nieładnie tak mówić na głos”.
Chłopiec zmarszczył brwi.
„Ale powiedziałeś…”
„Wiem, co powiedziałam” – przerwała, wciąż z tym samym aksamitnym uśmiechem. „A teraz jedz”.
Nowy śmiech rozbrzmiał wokół stołu, cichszy, bardziej stonowany. Taki śmiech, który ludzie próbują udawać, że się nie śmieją, delektując się widokiem. Przed czyimiś ustami uniesiono serwetkę. Moja kuzynka Sandrine przykuła mój wzrok i przygryzła wargę, zachwycona.
I właśnie w tym momencie zrozumiałem, co bolało mnie bardziej niż widelec. Bardziej niż same słowa.
Nikt nie wydawał się zaskoczony.
Ani jednej zszokowanej twarzy.
Ani jednego okrzyku.
Ani jednego zmarszczenia brwi z oburzenia.
Nikt z nich nie zdawał się odkrywać niczego nowego.
Bo już wiedzieli.
C