Pięć dni później Antoine opuścił dom na mocy tymczasowego nakazu sędziego.
Wyszedł z dwiema walizkami, przecenionym płaszczem i tym upokarzającym spojrzeniem mężczyzn, którzy od dawna mylą wygodę z zasługami.
Mijały tygodnie.
A potem miesiące.
Claire w końcu podpisała papiery emerytalne, ale nie tak, jak planowali.
Zorganizowała wszystko.
Zabezpieczyła to, co wymagało ochrony.
Sprzedała część akcji.
Zainwestowała w inne.
Założyła fundację, aby finansować studia młodych kobiet z ubogich rodzin.
Nauczyła się jeść śniadanie bez otwierania trzech ekranów naraz.
Spacerowała sama po Ogrodach Luksemburskich.
Spędziła kilka dni w Honfleur.
Na początku spała źle.
Potem lepiej.
Potem głęboko.
Pewnego październikowego popołudnia wróciła Élodie.
Bez makijażu.
Bez biżuterii.
Bez Thomasa.
Czekała przy bramce, beżowy płaszcz mocno przyciśnięty do piersi, z kopertą w dłoni.
Claire zobaczyła ją z okna salonu.
Przez chwilę chciała milczeć.
Potem pomyślała o małej dziewczynce, która czekała na nią przed szkołą z pogniecionym rysunkiem w dłoniach.
Otworzyła drzwi.
Élodie nie próbowała jej pocałować.
Nie uśmiechnęła się.
Nie bawiła się.