Myślał o małej postaci za szkłem, o cichym oddechu, o istnieniu, które nie miało nic wspólnego z obietnicami i kłamstwami.
„Nie wiem” – przyznał. Ta szczerość była mu nieznana, prawie niezręczna, ale niemożliwa do uniknięcia.
I po raz pierwszy Waleria nie próbowała odpowiedzieć, jakby rozumiała, że nie ma już słów, które mogłyby cokolwiek zmienić.
Javier opuścił klinikę nie oglądając się za siebie.
Miasto na zewnątrz wydawało się niezmienne, ludzie się poruszali, samochody przejeżdżały, życie toczyło się dalej, nie zauważając cichego upadku, który miał miejsce w jego wnętrzu.
Szedł długo, zanim zdał sobie sprawę, dokąd prowadzą jego kroki, kierując się bardziej instynktem niż intencją.
Dworzec autobusowy.
To samo miejsce, w którym kilka dni wcześniej patrzył, jak Lucía odchodzi, nie spojrzawszy na nią ani razu, przekonany, że wybiera coś lepszego.
Teraz, stojąc tam ponownie, wspomnienie wydawało się cięższe, nie dramatyczne, po prostu uporczywe, jak ciężar, którego nie mógł odłożyć.
Powoli podszedł do kasy biletowej, mówiąc ciszej niż zwykle.
„Jeden bilet do Puebli” – powiedział. Słowa te były proste, ale niosły ze sobą więcej znaczenia, niż był gotów przyjąć.
Tym razem podróż wydawała się dłuższa.
Nie z powodu odległości, ale dlatego, że każda mijająca chwila dawała jego myślom więcej przestrzeni, aby mogły się uspokoić, uporządkować, stanąć z nim twarzą w twarz.
Pamiętał drobne rzeczy.