„Gdzie jest Waleria?” zapytał, jego ton zmienił się, tracąc wcześniejszą dumę i stając się bardziej ostry, bardziej niepewny.
„W trakcie rekonwalescencji” – odpowiedziała pielęgniarka. „Jest stabilna. Wkrótce ją pani zobaczy, ale najpierw powinna pani na chwilę się zatrzymać”.
Chwileczkę.
Pomysł ten wydawał się wręcz absurdalny, jakby czas stał się niepewny, rozciągał się i kurczył, nie podążając za żadnym wyraźnym rytmem.
Javier cofnął się lekko, bukiet zwisał teraz luźno u jego boku, a jego jaskrawe kolory dziwnie nie pasowały do sterylnego otoczenia.
Myślał o pieniądzach, które wydał, o pewności, którą poczuł, o decyzjach, które podjął bez wahania czy wątpliwości.
A potem, nieuchronnie, pomyślał o Lucíi.
Autobus.
Walizka.
To, że nie patrzył na nią, gdy odchodziła.
Zaczął go ogarniać cichy dyskomfort, nie głośny ani dramatyczny, ale uporczywy, niczym ciche buczenie, które nie chciało zaniknąć.
Próbował to odsunąć na bok, skupiając się na chwili obecnej, na problemie, który miał przed sobą, na wyjaśnieniach, jakich potrzebował od Valerii.
Jednak dyskomfort pozostał, narastał powoli, podsycany drobnymi szczegółami, których nie mógł już ignorować.
Jej wahanie w noc, gdy powiedziała mu, że dziecko będzie chłopcem.