Ostrożne ruchy Lucíi po domu.
Sposób, w jaki mówiła do dziecka jeszcze przed jego narodzinami.
Cierpliwość, którą mylił ze słabością.
Kiedy dotarł na miejsce, popołudniowe światło zmiękło, rzucając długie cienie na wąskie uliczki Puebli.
Doña Herrera otworzyła drzwi, zanim zdążył zapukać po raz drugi. Jej wyraz twarzy był ostrożny i opiekuńczy, niezmieniony mimo jego nagłej obecności.
„Nie powinieneś tu być” – powiedziała stanowczym, nie gniewnym tonem, a raczej pewnością siebie, jakby już zdecydowała, na co zasłużył.
„Wiem” – odpowiedział Javier, zaskakując nawet samego siebie brakiem oporu w swoim głosie.
„Po prostu… muszę ją zobaczyć.”
Przyglądała mu się przez chwilę, szukając czegoś, może szczerości, może żalu, po czym odeszła bez słowa.
W domu panowała cisza.
Nie pusty, lecz wypełniony spokojem, który uświadomił mu, ile hałasu niósł ze sobą wcześniej.
Lucía siedziała przy oknie, trzymając w ramionach dziecko, owinięte w miękki kocyk. Jej postawa była ostrożna, ale jednocześnie swobodna w sposób, którego nigdy wcześniej nie zauważył.
Gdy wszedł, podniosła wzrok. Jej wyraz twarzy nie był zaskoczony, nie był zachęcający, po prostu spokojny, jakby już wcześniej przygotowała się na taką możliwość.