Spojrzał jeszcze raz na dziecko. Mała postać oddychała cicho, nieświadoma burzy, która zbierała się tuż za szybą.
I na krótką, niespodziewaną chwilę coś nieznanego pojawiło się w jego wnętrzu – nie gniew, nie duma, lecz cicha, niepokojąca świadomość.
Że to dziecko, bez względu na prawdę lub kłamstwo, istnieje teraz.
A jego istnienie niosło ze sobą ciężar, którego nie mógł po prostu zignorować ani zastąpić.

Jego palce rozluźniły się wokół bukietu i kilka płatków wysunęło się, opadając bezszelestnie na wypolerowaną podłogę pod jego stopami.
Dźwięk był prawie niesłyszalny, jednak zdawał się coś oznaczać — subtelną zmianę, punkt, z którego nic nie mogło już powrócić do tego, czym było.
Javier ponownie wciągnął powietrze, tym razem wolniej, jakby próbował uspokoić się w obliczu rzeczywistości, która nie chciała sprostać jego oczekiwaniom.