„Panie Javier, proszę podejść bliżej” – powiedziała spokojnym głosem, ale z subtelną siłą, która przezwyciężyła jego narastający niepokój.
Podszedł, wymuszając uśmiech, który już nie wydawał się naturalny, i szybko przeczesując wzrokiem łóżeczko, na które wskazała cichym skinieniem głowy.
W środku znajdowało się małe, kruche dziecko, zawinięte w bladoniebieski kocyk, który wydawał się za duży dla jego delikatnego ciała.
Uśmiech Javiera błąkał się, a potem zniknął, gdy jego wzrok zatrzymał się na twarzy niemowlęcia, szukając czegoś znajomego, czegoś uspokajającego, czegoś niewątpliwie jego.
Ale zamiast tego zobaczył coś, co wcale go nie przypominało, cichą ciszę i spokój, które sprawiały, że jego serce biło wolniej, raczej zmieszane niż z dumą.
„Czy coś… się stało?” – zapytał, a jego głos zabrzmiał nierówno, jakby gdzieś na korytarzu jego głos stracił swoją zwykłą pewność siebie.
Pielęgniarka wymieniła krótkie spojrzenia z innym członkiem personelu, po czym zwróciła na niego uwagę; jej ton był spokojny, ale niewątpliwie poważny.