Nikt jej nie podziękował.
Po prostu to zrobiła.
A następnego dnia zrobiła to samo.
I kolejnego dnia.
I tak przez sześć miesięcy dzieliła się z nim tym, co było jej najdroższe: kawałkiem chleba, owocem, czasem kawałkiem sera zawiniętym w serwetkę, czasem połową kanapki, już dla niej za małą.
Chłopiec nazywał się Alexandre Morel.
W tamtym czasie niczym szczególnym się nie wyróżniał.
Znoszone ubrania.
Za małe buty.
Zmartwione spojrzenie kogoś, kto za wcześnie nauczył się nie pytać.
I ten cichy głód, którego żadne dziecko nigdy nie powinno znać.
Czasami podchodził prosto do ogrodzenia, bez słowa.
Marianne podchodziła.
Wsuwała posiłek między kraty.
Potem odchodziła, jakby ten gest był nic nieznaczący.
Ale dla niego znaczył wszystko.
Ostatniego dnia, kiedy ją widział, Alexandre złożył jej dziecięcą obietnicę, z najwyższą powagą.
„Kiedy będę bogaty, ożenię się z tobą”.
Marianne wybuchnęła śmiechem.
Nagle, w nagłym impulsie, którego nawet nie potrafiła wytłumaczyć, zdjęła czerwoną wstążkę, która splatała jej włosy.
Przecięła ją na pół.
Zawiązała jedną połówkę wokół nadgarstka chłopca.
„W ten sposób o mnie nie zapomnisz” – powiedziała.
Alexandre spojrzał na wstążkę, a potem na nią.