„Nigdy” – odpowiedział.
Minęły dwadzieścia dwa lata.
Alexandre Morel obudził się o szóstej rano w apartamencie z widokiem na Presqu’île w Lyonie.
Z wykuszowych okien roztaczał się wyraźny widok na dachy miasta, na Fourvière w oddali, na pierwsze promienie słońca złocące haussmannowskie fasady.
Ale on nigdy nie spojrzał.
Nie zauważył ani światła, ani spokoju, ani piękna.
Włoski ekspres do kawy, kupiony za absurdalną sumę, cicho brzęczał, gdy, jak co rano, nacisnął przycisk, nie czekając, aż filiżanka się napełni.
W jego garderobie dziesiątki garniturów szytych na miarę stały w szeregu z niemal kliniczną precyzją.
Wybrał jeden na chybił trafił.
W mieszkaniu panowała cisza.
Zawsze cisza.
Na ścianach nie było żadnych zdjęć.
Żadnych rzeczy osobistych.
Żadnego śladu wspomnień.
Żadnego znaku, że za tym olśniewającym sukcesem kryje się prawdziwe życie.
Pomieszczenie przypominało luksusowy apartament hotelowy.
Ale panował tam chłód grobowca.
Jego telefon zawibrował.
Asystentka przypomniała mu o posiedzeniu zarządu zaplanowanym na dziewiątą i potwierdziła, że przejęcie akt Rivière’a za osiemnaście milionów euro zostało sfinalizowane.
Alexandre odpowiedział po prostu:
„Dobrze”.
Ta kwota nic mu nie przyniosła.
Żadnej radości. Żadnej dumy.
Żadnej ulgi.
Przeszedł przez biuro, otworzył zamkniętą szufladę i spojrzał na jedyną rzecz, która naprawdę się liczyła.
Małą szklaną ramkę.
W środku, starannie zachowany, leżał fragment czerwonej wstążki, wyblakłej z upływem czasu.
Materiał zaczynał się strzępić pomimo wszelkich środków ostrożności podjętych w celu jego zabezpieczenia.
Miał dwadzieścia dwa lata.
Każdego ranka Alexandre na to patrzył.
I każdego ranka powracała ta sama myśl.
Gdzie ona jest?
Posiedzenie zarządu przebiegało dokładnie zgodnie z planem.