„Tak. To ja.”
„Nazywam się Alexandre Morel.”
Zapadła cisza.
Patrzyła na niego długo.
Bardzo długo.
Potem coś się zmieniło w jej wyrazie twarzy.
Błysk rozpoznania.
Nagły przypływ emocji.
„Alexandre?” wyszeptała.
Zamarł.
„Pamiętasz mnie… pamiętasz mnie?”
Staruszka uśmiechnęła się słabo, drżąco.
„Chłopak z płotu”.
Te słowa dotknęły Aleksandra do głębi.
Poczuł ucisk w gardle.
„Marianne… jest tu?”
Staruszka delikatnie pokręciła głową.
Serce Aleksandra zamarło.
Ale natychmiast dodała:
„Ona tu nie mieszka. Przychodzi w każdą niedzielę”.
Aleksandr spojrzał w niebo, jakby chciał złapać oddech.
„Dzisiaj jest niedziela”.
„Tak” – odpowiedziała babcia. „Nie powinna długo czekać”.
Aleksander zapytał, czy może poczekać.
Staruszka zgodziła się z rozbrajającą prostotą.
Usiadł na małej ławce naprzeciwko domu.
Godziny zdawały się ciągnąć w nieskończoność.
Słońce zaczęło zachodzić.
Okolica wypełniła się cichymi dźwiękami: radio za oknem, odkładanie sztućców, głosy w oddali, kroki na chodniku.
Wtedy je usłyszał.
Kroki, rzeczywiście.
Powolne.