Poprosił następnie swoją asystentkę, aby inaczej zaplanowała mu dzień.
„Dokąd pan jedzie, panie Morel?” – zapytała.
Alexandre stał przez kilka sekund przed oknem, zanim odpowiedział.
„Na południe od miasta”.
„Na wizytę?”
„Nie” – powiedział. „Wrócić tam, gdzie wszystko się zaczęło”.
Czarny samochód powoli przejeżdżał przez ulice, których Alexandre nie widział od ponad dwudziestu lat.
Południowy Lyon się zmienił.
Niektóre dzielnice zmodernizowały się.
Inne zdawały się przetrwać próbę czasu.
Małe sklepiki.
Zmęczone budynki.
Kawiarnie osiedlowe.
Staromodne piekarnie.
Dzieci biegające zbyt blisko chodników.
Zapach świeżego chleba, oleju, deszczu na betonie i zwyczajnego życia.
Ale kiedy samochód zatrzymał się przed szkołą podstawową Jean Jaurès, Alexandre poczuł ostry, gwałtowny ucisk w piersi.
Niebieska brama wciąż tam była.
Płot też.
To samo miejsce.
Ten sam fragment pamięci.
Dokładnie w tym samym miejscu, gdzie dawno temu za płotem stał głodny mały chłopiec, zbyt zawstydzony, by zapytać, zbyt biedny, by mieć nadzieję.
Wysiadł z samochodu.
Kierowca chciał za nim podążyć.
„Zaczekaj tu na mnie” – powiedział Alexandre.
Podszedł sam do płotu.
Jego kroki zwolniły same.
Prawie widział siebie.
Chudy chłopiec.
Za krótkie rękawy.
Pusty żołądek.
Wzrok utkwił w posiłku kolejnego dziecka.
A potem Marianne.