Ja przyszłam jako następna i zastałam Claire zwiniętą w kłębek na sofie, jakby straciła kształt własnego ciała.
„Teraz” – powiedziała szorstko babcia – „zniszczymy go prawdą”.
Przez trzy dni próbowałam dodzwonić się do Martine Salagnac.
Nie odebrała.
Po szóstej wiadomości zmieniłem ton.
Nie błagałem.
Ostrzegłem ją.
Powiedziałem, że mam dowody naukowe, że złożę dochodzenie i zażądam oficjalnego śledztwa, jeśli będzie się nadal ukrywać.
O 16:17 dostałem wiadomość z nieznanego numeru.
„Czwartek. 14:00. Kawiarnia niedaleko Ogrodów Luksemburskich. Przyjdź sam”.
Martine była drobna, ręce jej drżały, oczy były zmęczone.
Gdy tylko usiadłem, powiedziała:
„Wyglądasz jak twoja biologiczna matka”.
Moje palce zamarły wokół filiżanki z kawą.
Wyciągnęła z torby stary dziennik pokładowy i otworzyła go na zaznaczonej stronie.
Wszystko tam było zapisane.
23:47 — Dziecko 1 — Claire Delacroix.
23:58 — Dziecko 2 — Lucie Roche.
00:30 — Incydent z pielęgniarką-studentką.