Płakałam tak mocno, że zaczęłam się śmiać przez łzy.
Nie zamierzałam tylko oczyścić imienia mojej matki.
Zamierzałam postawić biologiczną córkę, której odnalezienia domagał się przez całe życie, przed Étienne’em…
nie zasługując na żadne z nich.
Moje przyjęcie zaręczynowe odbyło się w starej posiadłości mojej babci niedaleko Amboise.
Oświetlone krzewy róż.
Pozłacane żyrandole.
Szampan.
Sześćdziesięciu gości.
Praktycznie tych samych sześćdziesięciu krewnych, którzy otrzymywali jadowite maile od Étienne’a.
Mathieu nie puścił mojej dłoni ani na sekundę.
Moja mama przyszła w granatowej sukience.
Wciąż krucha.
Ale bardziej opanowana niż widziałam ją od lat.
Martine siedziała w kącie ze szklanką wody w dłoniach.
Manon czekała w bibliotece.
Biblioteka znajdowała się obok głównego salonu.
Étienne spóźnił się.
Elegancki.
Nieskazitelny.