To słowo uderzyło mnie jak cios. Średnia ocen 4,2. Przewyższyła drugą w kolejności, Meredith Bird, zaledwie o dziesiątą trzecią.
„Nie powiedziała mi” – wyszeptałam, czując, jak ściska mnie w piersiach złożona mieszanka dumy i palącej wściekłości.
„Wczoraj się o tym dowiedziała” – powiedziała Vera. „Powiedziała mi, że chce zrobić ojcu niespodziankę na kolacji. Chciała dać ci jedną nieskalaną chwilę radości”.
Elementy układanki nagle zaskoczyły z obrzydliwym, metalicznym trzaskiem. Candace nie podarła tej sukni, bo Isabella była „nieudacznikiem”. Zniszczyła go, bo odkryła, że jest najlepsza.
Vera Rice odchyliła się do tyłu, mrużąc oczy. „Powinnaś wiedzieć, że matka Meredith Bird, Erin Bird, zasiada w radzie szkoły razem z Candace. Od piętnastu lat toczą społeczny wyścig zbrojeń. Candace musiała się o tym dowiedzieć przez przeciek w radzie”.
Od razu zrozumiałam tę patologię. W wypaczonej rzeczywistości Candace sukces Isabelli był obrazą, ponieważ wydarzył się w dziedzinie, którą uważała za „niepraktyczną” – w naukach o środowisku. Wygrała, ale na własnych warunkach, co oznaczało, że nie mogła przypisywać sobie zasług za to zwycięstwo. Skoro nie mogła mieć na własność prymuski, po prostu zadba o to, żeby prymuska nie istniała.
„Mam prośbę, Vero” – powiedziałam, a mój głos zniżył się do niskiej, niebezpiecznej częstotliwości. „Chcę zmienić kolejność ceremonii. I potrzebuję konkretnej listy gości.”
Vera Rice długo mi się przyglądała. Potem na jej ustach pojawił się ostry, wilczy uśmiech. „Candace Mann przez ostatnie trzy lata próbowała ograniczyć nasze dofinansowanie na ekologię i nazywała niezależne studia Isabelli „bzdurami dla obrońców drzew”. Myślę, że nadszedł czas, aby rada szkoły zobaczyła, jak naprawdę wygląda sukces”.
„A co z suknią?”
„Będę miała nową w gabinecie” – obiecała. „A Steven? Niech się liczy”.
Wyszłam z gabinetu i wybrałam numer, pod który nie dzwoniłam od lat. Arnold Costa. Arnold był krawcem starej daty z centrum miasta, który był mi winien przysługę, odkąd zaprojektowałam jego flagowy sklep.
„Arnold, tu Steven Griffin. Potrzebuję cudu. Granatowej czapki i togi, rozmiar średni dla dorosłych. Potrzebuję za godzinę”.
„Sezon ukończeń szkół, Steven? Prosisz o cud” – zatrzeszczał ochrypły głos Arnolda.
„Candace rozpruwa”