„Profesorze” – powiedziałem, wysiadając z samochodu. „Dziękuję za przybycie”.
Stevens spojrzał na Isabellę, a potem z powrotem na mnie. Trzymał grubą, tłoczoną teczkę. „Isabella jest jedną z najzdolniejszych studentek, jakie miałem w ciągu ostatnich dwudziestu lat, panie Griffin. Kiedy powiedział mi pan, co się stało… cóż, sabotaż akademicki to przestępstwo, którego nie lekceważę”.
Wychylił się do szyby samochodu. „Isabello, ta oferta pracy asystentki naukowej, o której wspominałem? Ta, o której mieliśmy rozmawiać w przyszłym tygodniu? Uważaj ją za oficjalnie podpisaną. Pełne finansowanie na pierwszy i drugi rok studiów, praca nad Projektem Rewitalizacji Wielkich Mokradeł. Do świąt będziesz współautorem swojej pierwszej pracy.
Szczęka Isabelli opadła. Po raz pierwszy tego dnia przerażenie w jej oczach ustąpiło miejsca iskrze autentycznej, płonącej nadziei. „Pełne finansowanie? Ale mama powiedziała…”
„Twoja matka nie decyduje o twojej wartości” – powiedział stanowczo Stevens. „Do zobaczenia na ceremonii. Za nic w świecie nie przegapiłbym tego przemówienia”.
Odjechaliśmy, a cisza w samochodzie w końcu stała się przyjemna. Isabella trzymała teczkę od Stevensa, jakby była ze szkła.
„On naprawdę myśli, że jestem taka dobra?” – wyszeptała Isabella.
„On wie, że jesteś” – odpowiedziałem. „A teraz słuchaj uważnie. Kiedy dojedziemy do szkoły, zostaniesz z tyłu z dyrektorem Rice. Ja pójdę do głównej sali. Chcę, żebyś unikał matki, dopóki nie staniesz na podium.
„Tato, ona będzie w pierwszym rzędzie. Będzie próbowała mnie powstrzymać”.
„Nie zrobi tego” – powiedziałem. „Bo będę siedział tuż obok niej”.