Kazali nam iść po udeptanej ziemi przez śnieg do kolejnego budynku. To była medyczna szopa, ale nie miała w sobie nic medycznego. To było miejsce eksperymentów, tortur podszywających się pod naukę. Zaprowadzono nas do zimnego pomieszczenia wyłożonego białymi kafelkami. Zapach środka dezynfekującego palił mnie w nozdrza. Były tam metalowe stoły, ustawione w rzędach narzędzia chirurgiczne, strzykawki.
Lekarz SS w białym fartuchu badał nas jak bydło. Robił notatki w notesie. Potem wskazał na Nadine i mnie. Pozostałych odesłano do koszar. Nadine spojrzała na mnie rozpaczliwie. Nie mogłem nic zrobić, nic powiedzieć. Przywiązali nas do stołów, założyli skórzane pasy na nadgarstki, kostki i torsy.
Nie mogłem się już ruszyć. Lekarz podszedł do mnie ze strzykawką wypełnioną żółtawym płynem. Rozmawiał po niemiecku z asystentem, a następnie wstrzyknął mi preparat w ramię. Przeszył mnie palący ból aż do barku. Krzyczałem, a on się uśmiechnął. To był pierwszy raz, kiedy widziałem uśmiech w tym obozie i był to najbardziej przerażający uśmiech, jaki kiedykolwiek widziałem.
Nie wiem, co mi wstrzyknęli. Przez kilka dni miałam niesamowicie wysoką gorączkę. Całe ciało skręcało się z bólu. Wymiotowałam krwią. Nadine, leżąca obok, była w tym samym stanie. Séraphine i Colette przychodziły do nas potajemnie, przynosząc skradzioną wodę i wilgotne okłady na nasze poparzone czoła. Ryzykowały życie, ale i tak to robiły.
Trzy tygodnie później w końcu mogłem się podnieść. Ale coś we mnie się zmieniło. Moje ciało już do mnie nie należało. Ręce drżały mi bez powodu. Chwilami miałem zamglony wzrok, a przede wszystkim czułem narastającą we mnie zimną wściekłość. Wściekłość, jakiej nigdy wcześniej nie znałem, wobec Niemców, owszem, ale także wobec Boga, wobec świata, wobec całej ludzkości, która na to pozwoliła.