Madeleine milczała, ale jej oczy mówiły wszystko. Kiedy Niemcy zaczęli pukać do drzwi, wiedziałam, co się stanie. Nie jestem bohaterką, nigdy nią nie byłam. Ale tego wieczoru, kiedy Madeleine drżąc zapukała do naszych drzwi, trzymając Rachel za rękę, po prostu otworzyłam klapę do piwnicy. Ojciec udawał, że nic nie widzi.
Wiedział, że moja strata byłaby gorsza niż utrata piekarni. Ukrywałem ich przez jedenaście dni. Przyniosłem stary chleb, wodę i koce. Rachel rysowała węglem po ścianach piwnicy. Madeleine modliła się cicho po hebrajsku. Planowałem zabrać ich na farmę na wsi, gdzie mój kuzyn hodował owce. Ale ktoś się odezwał.
Zawsze ktoś gada. Dwunastego dnia żołnierze wkroczyli z krzykiem. Wywrócili półki, wyłamali drzwiczki piekarnika, znaleźli Madeleine i Rachel, skulone w kącie trzęsącej się piwnicy. Zabrali je obie. Nigdy więcej ich nie widziałam. I mnie też zabrali. Zostałam deportowana trzy dni później.
Nie było procesu, tylko pociąg, bydlęce wagony bez kobiet stłoczone w przestrzeni przeznaczonej na wino. Zapach moczu, potu i strachu utworzył gęstą chmurę, która lgnęła do gardła. Niektórzy płakali, inni się modlili. Ja milczałem, stojąc, trzymając w ramionach staruszkę, która zemdlała. Podróż trwała dwa dni.
Kiedy drzwi się otworzyły, oślepiło mnie światło słońca. Ale to nie była wolność, to był dopiero początek koszmaru. Obóz był otoczony drutem kolczastym i wieżami strażniczymi. Strażnicy z owczarkami niemieckimi patrolowali teren. Ziemia była zamarznięta i błota. Spróchniałe drewniane szałasy ciągnęły się w niekończącym się szeregu.
Unosił się nieustanny zapach dymu zmieszany z czymś słodkawym i zgniłym, którego zrozumienie zajęło mi kilka dni. To było ludzkie ciało spalone w piecach na tyłach obozu. Ogołocili nas ze wszystkiego. Z ubrań, włosów, imienia. Stałem się numerem wytatuowanym na lewym przedramieniu. 63241. Ten numer wciąż mnie prześladuje. Nawet teraz, mając 78 lat, patrzę na niego i wracam myślami do tamtego miejsca.