Wszystkie cztery zostałyśmy siostrami, nie z wyboru, ale z konieczności. Dzieliłyśmy się racjami żywnościowymi. Kryłyśmy się nawzajem, gdy któraś z nas była zbyt słaba, by dotrwać do porannego apelu. Szeptałyśmy absurdalne obietnice, że przeżyjemy, że wrócimy do domu, że opowiemy o tym światu. Ale w głębi duszy znałyśmy całą prawdę.
Większość z nas tam by umarła. Pytanie brzmiało: kiedy? Jeśli jeszcze nie spodobał Ci się ten film, zrób to teraz. To nie tylko kliknięcie, to gest, który pomaga tej historii dotrzeć do innych osób, które muszą ją usłyszeć. A w komentarzach napiszcie, skąd patrzycie, z którego kraju? Z którego miasta? Świadomość, że jesteście po drugiej stronie i słuchacie, daje mi poczucie, że te słowa nie giną w pustce. DZIĘKUJĘ.
A teraz kontynuujcie ze mną, bo to, co teraz nastąpi, to część, która niemal mnie zniszczyła. O świcie stycznia 1944 roku zrozumiałem, co to znaczy stać pod ścianą. Właśnie pomogłem Nadine ukryć młodą Polkę z bardzo wysoką gorączką. Strażnicy co tydzień przeprowadzali selekcję. Chorych, słabych, starych, odsyłano do cel.
Ukryliśmy dziewczynę pod brudnymi kocami, udając, że to tylko sterta szmat. Udało się, ale ktoś nas widział albo ktoś doniósł, nieważne. Skutek był ten sam. O trzeciej nad ranem usłyszałem ciężki, rytmiczny tupot butów. Drzwi koszar były wyważone. Latarnie przebijały ciemność.
Raos, Raos, opisany po niemiecku. Serce waliło mi jak młotem. Pięcioro z nas zostało wywleczonych na zewnątrz. Mnie, Séraphine, Nadine, Colette i młodą Polkę. Ustawili nas w szeregu pod cementowym murem oddzielającym nasze baraki od centralnego dziedzińca. Zimno kłuło jak ostrza. Mój oddech wydobywał się gęstymi obłokami. Drżałam, ale nie z zimna.