Głos mi się kilka razy załamał, ale nie poddałam się. Na koniec zapytała: „Co chcesz, żeby ludzie wynieśli z twojej historii?”. Długo się nad tym zastanawiałam. Potem powiedziałam: „Chcę, żeby wyobrazili sobie młodą, dwudziestoletnią Francuzkę, z twarzą na tle zamarzniętej ściany o świcie, nieodwracającą wzroku… Bo to było wszystko, co miałam – godność – i nigdy mi jej nie odebrano.
Dokument został wyemitowany w telewizji. Kilka osób napisało do mnie, licealiści zapraszali mnie do wygłoszenia przemówienia na swoich lekcjach. Robiłam to kilka razy, ale było to wyczerpujące. Przeżywanie tego wszystkiego od nowa. Więc przestałam. Colette zmarła w 1998 roku na raka. Nadine w 2001 roku na zawał serca. Zostałam sama, ostatnia z czwórki, strażniczka pamięci, której nikt tak naprawdę nie chciał usłyszeć. W 2002 roku miałam 79 lat.
Moje ciało mnie zdradzało. Moje dłonie, już uszkodzone zastrzykami w obozie, ledwo reagowały. Szyja, zaczerwieniona od godzin spędzonych przy ścianie, bolała mnie nieustannie. Chodziłam z laską. Mieszkałam sama. W moim małym mieszkaniu, otoczona książkami i pamiątkami, którym nie śmiałam się bliżej przyjrzeć, pewnego dnia otrzymałam list z Niemiec.
Serce mi stanęło. Przez lata odmawiałem jakiegokolwiek kontaktu z tym krajem. Ale list pochodził ze szkoły, od 16-letnich uczniów uczących się o Holokauście. Widzieli ten dokument. Chcieli mnie zaprosić z przemówieniem. Zaoferowali, że opłacą podróż, hotel, wszystko. O mało nie podarłem listu. Wrócić do Niemiec? Nigdy.