Kiedy przyjechałem do mojej wioski, piekarnia była zamknięta, okiennice spróchniałe, a drzwi wejściowe wisiały na zawiasach. Mój ojciec zmarł 6 miesięcy wcześniej na zawał serca. Sąsiedzi mówili mi, że nigdy nie pogodził się z moją deportacją, że każdego dnia czekał na znak, list, cokolwiek.
Nic się nie stało. Potem jego serce po prostu przestało bić. Usiadłam na progu piekarni i płakałam, nie nad sobą, ale nad nim, nad wszystkimi niewidzialnymi ofiarami tej wojny, tymi, którzy nie byli w obozach, ale i tak zostali zgładzeni. Próbowałam przejąć piekarnię. Przez kilka miesięcy wyrabiałam ciasto, rozpalałam piec i sprzedawałam chleb mieszkańcom wioski.
Ale moje ręce za bardzo się trzęsły. Gorączka powróciła bez ostrzeżenia, a przede wszystkim nie mogłem już znieść zapachu spalonego chleba. Przypominał mi coś innego, zapach, którego nie potrafiłem nazwać, ale który mnie prześladował. Zamknąłem piekarnię, sprzedałem dom. Za pieniądze pojechałem do Paryża. Znalazłem małe mieszkanie w dzielnicy Marais.