Ale przeżyliśmy. Po raz kolejny amerykańscy żołnierze zabrali nas do obozu przejściowego. Wojskowe namioty, łóżka polowe, czyste koce, prawdziwe jedzenie, gorąca zupa, biały chleb, czekolada. Niektóre kobiety rzucały się na to i natychmiast wymiotowały. Nasze żołądki zapomniały, jak trawić. Jadłam powoli, łyżka po łyku, łzy płynęły, nawet nie zdając sobie z tego sprawy.
Séraphine umierała. Amerykańscy lekarze zbadali go i pokręcili głowami. Rozległa infekcja, skrajne niedożywienie, uszkodzony kręgosłup. Zrobili, co mogli, ale było za późno. Zmarła 5 dni po naszym wyzwoleniu. Miała 32 lata. Nadine, Colette i ja pochowaliśmy go pod łańcuchem w pobliżu obozu.
Odmówiliśmy modlitwę. Colette czytała Verlina. Płakaliśmy po raz pierwszy od miesięcy. Kolejne tygodnie były dziwne. Byliśmy wolni, ale nie wiedzieliśmy, co z tą wolnością zrobić. Wiele kobiet desperacko poszukiwało swoich rodzin. Czerwony Krzyż miał niekończące się listy osób zaginionych. Każdego dnia skreślano nazwiska: żyjący, zmarli, nieznani.
Szukałem Madeleine i Rachel, dwóch sąsiadek, które próbowałem uratować. Ich nazwiska nie pojawiły się na żadnej liście. Po prostu zniknęły, jak miliony innych. Wróciłem do Francji w czerwcu 1945 roku. Podróż pociągiem ciągnęła się w nieskończoność. Na każdej stacji widziałem wychudzone twarze, puste spojrzenia, ciała poruszające się z przyzwyczajenia, a nie z własnej woli. Byliśmy duchami powracającymi do świata, który ruszył naprzód bez nas.