Pracowałam jako sprzedawczyni, a potem pracownica biblioteki. Proste prace, gdzie nie musiałam dużo mówić, gdzie mogłam wtopić się w tłum i zachować anonimowość. Nadine i ja regularnie do siebie korespondowaliśmy. Ona wróciła do studiów pielęgniarskich. Colette znowu uczyła literatury. Próbowali odbudować swoje życie. Ja przetrwałam. To co innego.
Przez dekady nie rozmawiałem o obozie z nikim, ani z przyjaciółmi, ani z kolegami, ani nawet z mężczyznami, którzy na krótko pojawili się na mojej drodze. Jak wytłumaczyć to komuś, kto tam nie był? Jak opisać zapach śmierci, chłód, który łamie ducha, głód, który trawi umysł? Słowa zawsze wydawały się niewystarczające.
Więc milczałem. Ale cisza to też więzienie. Zżerała mnie od środka. W nocy budziłem się spocony, serce waliło mi jak młotem, pewien, że słyszę kroki na korytarzu. Widziałem ścianę, zawsze ścianę, zimną, szarą, bezlitosną, i wciąż czułem kanalik łzowy na karku.
W 1995 roku, 50 lat po wyzwoleniu, skontaktowała się ze mną dziennikarka. Przygotowywała film dokumentalny o deportowanych kobietach, bojowniczkach ruchu oporu. Ktoś podał mu moje nazwisko. Początkowo odmówiłam. Potem pomyślałam o Séraphine, o wszystkich tych, którzy nigdy nie wrócili. Zasługiwała na to, by być znaną. Więc się zgodziłam.
Wywiad odbył się w mojej kuchni. Małym, słonecznym pokoju z żółtymi zasłonami i kwiecistym obrusem. Dziennikarka była młoda i miła, ale jej oczy zdradzały, że tak naprawdę nic nie rozumiała. Jak mogła? Rozmawiałem przez cztery godziny. Opowiadałem o murze, zastrzykach, głodzie, zimnie, utraconych przyjaciołach.