W ciągu pierwszych kilku dni nauczyłem się zasad. Absolutna cisza, spuszczony wzrok, posłuszeństwo bez pytania. Ale nigdy nie byłem dobry w schylaniu się. Może to upór odziedziczony po ojcu, może gniew. Kiedy widziałem więźnia mdlejącego z głodu, pomagałem mu wstać. Gdy zostawał okruszek chleba, dzieliłem się nim.
Kiedy strażnicy wykrzykiwali sprzeczne rozkazy tylko po to, by nas upokorzyć, patrzyłam przed siebie, nie dając się zadrżeć. To dosłownie odcisnęło na mnie piętno. W ciągu pierwszych kilku dni spotkałam trzy kobiety, które, podobnie jak ja, nie dały się całkowicie załamać. Séraphine była krawcową w Lyonie, o delikatnych dłoniach i stanowczym głosie. Zszywała podarte mundury nicią znalezioną na ziemi, używając cierni jako igieł.
Nadine była 22-letnią studentką pielęgniarstwa, o dziewczęcej twarzy, ale z ręką chirurga. Przemywała rany brudną wodą, szepcząc instrukcje, jak uniknąć infekcji. Colette była najstarsza, miała 31 lat i była profesorką literatury. Wieczorem recytowała Rimbaua, Baudlera i Victora Hugo. Mówiła, że dopóki będziemy pamiętać piękne słowa, nie osiągniemy pełnego sukcesu.