Nie mogłam jednak pozwolić sobie na całkowitą nienawiść, bo nienawiść oznaczała dawanie im tego, czego chcieli, przekształcanie nas w bestie, w istoty pozbawione człowieczeństwa. Więc kurczowo trzymałam się tego drobnego gestu, podzieliłam się kromką chleba, uśmiechnęłam się do przerażonego przybysza, wyrecytowałam wiersz z Collette. Te drobne gesty były naszym oporem.
Pewnego marcowego wieczoru zawyły syreny. W oddali słychać było bombardowania aliantów. Strażnicy panikowali. Niektórzy z nas śmieli mieć nadzieję. Może koniec był bliski. Może będziemy wolni. Ale nadzieja jest niebezpieczna w jednym obozie. Może zabić cię pewniej niż kula. Bombardowania się nasiliły.
Strażnicy stawali się coraz bardziej nerwowi, coraz bardziej agresywni. Kary przy murze narastały. Każdy akt nieposłuszeństwa, nawet najmniejszy, był karany. Jedna kobieta, która spojrzała w górę, inna, która kaszlała podczas odśnieżania, trzecia, która trzymała kawałek materiału, żeby zrobić chusteczkę. Wszystko kończyło się przy murze o świcie, w przenikliwym zimnie.
Pewnej nocy Séraphine została złapana, bo ukryła igłę, prostą igłę, której używała do szycia podartych ubrań. Przyparli ją do ściany na 6 godzin. Kiedy wróciła, nie mogła już ruszać szyją. Coś złamało mu kręgosłup. Cierpiała okropnie, ale nigdy się nie skarżyła. Kontynuowała szycie, nawet z drżącymi rękami, nawet z cichymi łzami spływającymi po policzkach.
Nadszedł kwiecień, wieści krążyły w tajemnicy, alianci posuwali się naprzód, Niemcy się wycofywali. Ale dla nas, więźniów, oznaczało to również coś przerażającego. Naziści zaczęli zacierać dowody. Piece pracowały dzień i noc. Selekcje stały się codziennością. Spalili archiwa, przenieśli więźniów do innych, bardziej odizolowanych obozów, gdzie mogli zostać straceni bez świadków.