„Wstydziłam się swojego imienia, Elise. Wstydziłam się Gérarda. Wstydziłam się całej tej sprawy. Wstydziłam się, że moja rodzina była związana ze śmiercią twojej matki. Powtarzałam sobie, że przeszłość umarła, że mój ojciec już się nie odzywa, że zasługujesz na szczęśliwe życie bez wracania do tego ognia”.
„Nie chciałaś mnie chronić, Mathieu”.
Mój głos był cichy.
„Chciałaś chronić swoje szczęście”.
Zamknął oczy, jakbym właśnie go uderzyła.
„Tak”, mruknął. „Być może”.
Cisza, która zapadła, była ogromna.
Nie pusta.
Wypełniona wszystkim, czego uniknęliśmy.
Odwróciłam się do pana Delcourta.
„Chciał mi pan powiedzieć?”
Mrugnął.
Raz.
Tak.
„Od początku?”
Po raz kolejny.
Tak.
Łzy płynęły mi bezgłośnie.
Przez dwa lata ten człowiek był zamknięty za drzwiami, nie tylko przez chorobę, ale i przez milczenie własnego syna.
Usiadłam obok niego.
„Uratowałeś mnie”.
Jego usta drżały.
Nie wydobył się z nich żaden dźwięk.
Potem wzięłam go za rękę.
Była zimna.
„Uratowałeś mnie” – powtórzyłam. „Mama prosiła cię, żebyś mnie uratował. I tak zrobiłeś”.
Jego palce poruszyły się.
Ledwo.
Ale wystarczająco, żeby poczuć.