„Tej nocy ktoś podpalił piwnicę”.
Oparłem się o ścianę.
„Nie…”
„Mój ojciec przyjechał przed oficjalnymi służbami ratunkowymi. Mieszkał dwie ulice dalej. Usłyszał krzyki. Wszedł do środka. Znalazł twoją matkę na schodach, już nieprzytomną. Próbował ją wyciągnąć, ale spadła belka. Musiał wybrać”.
Jej oczy napełniły się łzami.
„Powiedziała mu, żeby cię uratował”.
Zakryłem usta.
Świat wywrócił się do góry nogami.
W mojej pamięci krzyki mojej matki powróciły.
Ale tym razem nie były już niezrozumiałe.
Nabrały kształtu.
Ostatnie życzenie.
Uratuj moją córkę”.
Mathieu spojrzał na ojca.
„Znalazł cię w twoim pokoju. Wyniósł cię na ulicę”. Wrócił szukać twojej matki, ale dom zawalił się, zanim zdążył się podnieść.
Pan Delcourt zamknął oczy.
Jego twarz wykrzywił grymas bólu.
Dwadzieścia sześć lat.
Dwadzieścia sześć lat przeżywania na nowo tych samych drzwi.
Tych samych schodów.
Tej samej kobiety, której nie udało mu się uratować.
Przeszedłem do łóżka wbrew mojej woli.
„Dlaczego moja babcia mówiła, że Delcourtowie zniszczyli naszą rodzinę?”
Mathieu z trudem przełknął ślinę.
„Bo to była prawda. Ale nie tak, jak myślała.”
Wyjął klucz z kieszeni.
Mały, czarny klucz.
Potem otworzył dyskretną przegródkę w starej szafie ojca.
W środku było metalowe pudełko.
Wycinki z gazet.
Listy.
Raport policyjny.