Spojrzałam na orła i różę.
„Tak” – odpowiedziałam.
Po drugiej stronie Mathieu gwałtownie wciągnął powietrze.
„Widziałeś?”
Nie musiałam pytać co.
Głos mi się załamał.
„Dlaczego to przede mną ukrywałeś?”
Nie odpowiedział od razu.
Ta cisza przeraziła mnie bardziej niż jego gniew.
„Elise, wyjdź z tego pokoju”.
„Nie”.
„Wyjdź z tego pokoju natychmiast”.
„Nie, Mathieu”.
Ręka mi drżała, ale głos milczał.
„Przez dwa lata zabraniałeś mi zbliżać się do twojego ojca. Przez dwa lata wmawiałeś mi, że jest w nim coś niebezpiecznego. A dziś odkrywam, że nosi na sobie znamię człowieka, który uratował mnie z płomieni, gdy byłam dzieckiem”.
Bolesny oddech przeszył telefon.
„Nie rozumiesz”.
„To wyjaśnij mi”.
„Nie przez telefon”.
„Wyjaśnij mi teraz”.
Za mną pan Delcourt wydał zduszony dźwięk.
Prawie jęknął.
Odwróciłam się.
Jego wzrok był utkwiony w szufladzie stolika nocnego.
Zrozumiałam, nie wiedząc jak.
Otworzyłam szufladę.
W środku była stara, pożółkła koperta.
Widniało na niej moje imię.
Elise.
Nie pani Delcourt.
Nie Elise Martin.