Miałem ochotę wymiotować.
Mathieu zabrał mnie wtedy do Maître Renauda, emerytowanego notariusza, który znał mojego dziadka.
To właśnie tam przemówiła taśma.
Głos był stary, trzeszczący.
Ale wyraźny.
Gérard Delcourt.
„Budynek musi spłonąć na tyle, żeby ich stamtąd wyrzucono, ale nie na tyle, żeby kogoś zabić. Rozumiesz? Wystarczy”.
Czułem, jak paznokcie wbijają mi się w dłonie.
Drugi głos drżał.
Mężczyzna, którego nie znałem.
„Tam jest kobieta i dziecko”.
A Gérard odpowiedział:
„To zrób to, kiedy będą twardo spać. Nic nie poczują”.
Pokój wokół mnie zawalił się na kawałki.
Mathieu zerwał się na równe nogi, blady jak ściana.
„Boże…”
Pan Delcourt, siedząc na szpitalnym krześle, miał tak mocno zaciśnięte oczy, że łzy spływały mu po kołnierzyku.
Pan Renaud położył przed nami teczkę.
„Twój ojciec powierzył mi te dokumenty lata temu” – powiedział do Mathieu. „Prosił mnie, żebym przekazał je Élise, jeśli kiedykolwiek tu przyjedzie. Ale po udarze nie miałem już od niej wieści”.
Odwróciłem się do Armanda.
„Zachowałeś to wszystko dla mnie?”
Mrugnięcie.
Tak.