Każdego wieczoru Mathieu czytał mu „Le Monde” albo starą powieść Simenona.
Czasami nie rozmawialiśmy.
Ale cisza nie była już kłamstwem.
To był spokój.
Rok później na ławce w dzielnicy Croix-Rousse, niedaleko mojego domu, wyryto małą tabliczkę.
„Dla Claire Martin, która kochała do ostatniego tchnienia.
Dla Armanda Delcourta, który przeszedł przez ogień, by uratować dziecko”.
Kiedy usiadłam na tej ławce, wiatr Lyonu poruszył liśćmi nade mną.
Mathieu usiadł obok mnie.
Tym razem wzięłam go za rękę.
Nie dlatego, że wszystko zostało zapomniane.
Ale dlatego, że prawda w końcu przestała nas dzielić.
I gdzieś w moim sercu siedmioletnia dziewczynka nie była już uwięziona w płonącym pokoju.
Wybiegała na zewnątrz.
Żywa.
Wolna.
W mojej pamięci pozostał nie tylko zapach dymu…
ale także tatuaż mężczyzny, który nosił jej przyszłość na ramieniu.