„Chciałem cię chronić”.
Zaśmiałem się.
Oschłym, pozbawionym radości śmiechem.
„Chce mnie chronić? Przed człowiekiem, który mnie uratował?”
Spuścił głowę.
„Przed tym, co z nim związane”.
W pokoju zrobiło się zimniej.
„Więc mów”.
Mathieu zdjął płaszcz i położył go na krześle.
Przez kilka sekund wyglądał jak dziecko zmuszone do wyznania winy, którą nosiło w sobie o wiele za długo.
„W noc pożaru mój ojciec pracował jako ochotniczy strażak w Lyonie. Jeszcze nie przeprowadził się do Paryża. Znał twoją rodzinę”.
Serce mi zamarło.
„Znał moją matkę?”
Mathieu skinął głową.
„Tak. Bardzo dobrze”.
Poczułem, jak ściska mnie w gardle.
Pan Delcourt zamrugał szybko, jakby próbował przemówić oczami.
Jego ciało było nieruchome.
Mathieu podszedł do niego.
„Tato, przepraszam”.
Staruszek znowu zapłakał.
Mathieu kontynuował.
„Twój dziadek ze strony matki miał mały budynek w Croix-Rousse. Chciał go sprzedać deweloperowi. Twoja matka odmówiła odejścia. Powiedziała, że to dom na całe jej życie, że to tam cię wychowa, że za pieniądze nie da się kupić wszystkiego”.
Ledwo mogłem oddychać.
„Co to ma wspólnego z twoim ojcem?”
„Deweloperem był wujek mojego ojca. Gérard Delcourt”.
Nazwisko nic mi nie mówiło.
A jednak coś w głębi duszy je rozpoznało, jakby groźbę.
„Gérard chciał, żeby budynek stał pusty. Obiecał już działkę. Już dostał pieniądze. Ale twoja matka odmówiła podpisania umowy”.
Mathieu zamilkł.
Jego szczęka drżała.