Lumi gwałtownie, gwałtownie potrząsnęła głową. Nie było to zaprzeczenie żalu; to był akt samoobrony. Jej wzrok powędrował w stronę cieni na korytarzu, szukając ducha, którego obecności jeszcze nie zauważałam.
Zanim Maris Vale wkroczyła do mojego życia, żyłam w przewidywalnej, sterylnej samotności. Mój świat mierzony był podwójnymi zmianami, kawą rozpuszczalną o smaku przepalonego kwasu akumulatorowego i samotnym rytmem prania o północy. Potem pojawiła się Maris – sprzedawczyni biotechnologii z kasztanowymi włosami opadającymi niczym wypolerowany mahoń i piwnymi oczami, które zdawały się posiadać własne wewnętrzne źródło światła. Mówiła o przyszłych niedzielnych porankach, o wakacjach, których nie spędzałam w pokoju socjalnym, i o domu, w którym wreszcie znalazł się pokój zaprojektowany specjalnie dla mnie.
Była tymi otwartymi drzwiami, których szukałam, choć nie wiedziałam, że szukam.
Nasz ślub w sądzie w Portland był kameralny i elegancki. Mój brat, Jake, spojrzał na mnie z mieszaniną braterskiej dumy i wahania. „Osiem miesięcy, Gid. Jesteś tego pewna?”
„Jak się dowiesz, to się dowiesz” – odpowiedziałam. To był ten rodzaj pewności siebie, który brzmi jak fundament, ale często okazuje się tylko fasadą.
Maris wyglądała jak marzenie w kremowym jedwabiu, ale to Lumi – idąca za matką z bukietem więdnących stokrotek – naprawdę zakotwiczyła moje serce. Miała na sobie niebieską sukienkę z perłowymi guzikami, a jej ciemne oczy wydawały się o wiele za ciężkie w stosunku do drobnej twarzy. Wyglądała mniej jak dziewczynka sypiąca kwiaty, a bardziej jak świadek przestępstwa.
„Witamy w rodzinie” – szepnęła Maris do mojego ucha, gdy zostaliśmy ogłoszeni mężem i żoną.
Dwie godziny później stanęliśmy przed domem przy Birch Street 412. Wiktoriański dom był architektonicznym cudem o spadzistych dachach i wąskich, ostentacyjnych oknach. W środku czuło się wrażenie muzeum – drewniane podłogi wypolerowane na lustrzany połysk, kryształowe żyrandole, które brzęczały w przeciągu, i abstrakcyjne dzieła sztuki, które kosztowały więcej niż moja roczna pensja. To był dom, w którym nic nie mogło być nie na swoim miejscu, łącznie ze mną.
„Lumi” – powiedziała Maris, a jej głos zmienił się już w chłodny, profesjonalny ton – „pokaż Gideonowi, gdzie może przechować bagaż. Mam pilne maile do napisania”.