Usiadłam na brzegu jej łóżka, zachowując pełen szacunku dystans. „Chcesz mi powiedzieć, co cię tak smuci, Lumi? Czasami sekrety są ciężkie”.
„Nie mogę” – wydyszała, wbijając palce w pluszowe futro wydry. „Mama mówi… mówi, że to już nieprawda. Że to była stara Lumi i jeśli o tym powiem, stara Lumi wróci, a ty jej znienawidzisz”.
Zimny strach zagnieździł się w moim żołądku. Na oddziale urazowym nauczyłem się rozpoznawać starannie analizowane „scenariusze” ofiar – sposób, w jaki chroniły swoich oprawców, nakładając prawdę na siebie i zagadki.
„Co się stało ze „starą” Lumi, kochanie?”
Spojrzała na mnie wtedy szeroko otwartymi oczami, przepełnionymi przerażeniem. „Nie wolno mi mówić. Powiedziała, że jeśli powiem, wybuchnie pożar”.
Zanim zdążyłem zapytać, co ma na myśli, reflektory samochodu sąsiada oświetliły ścianę i ta chwila została przerwana. Lumi wślizgnęła się pod kołdrę, naciągając ją pod brodę.
„Jestem teraz zmęczona, Gideonie” – wyszeptała.
Stałem w drzwiach, aż jej oddech stał się rytmiczny, ale tej nocy sen był dla mnie czymś zupełnie obcym. Coś było fundamentalnie zepsute pod adresem Birch Street 412 i pęknięcia zaczynały się pojawiać.
Rozdział 3: Odciski palców
Maris wróciła z Seattle czterdzieści osiem godzin później, przywożąc ze sobą chmurę drogiego jedwabiu, drogi bagaż i przerażająco idealny uśmiech.
Podarowała mi designerski szal. Dała Lumi nową, sztywną sukienkę, która wyglądała jak kostium. Była uosobieniem odnoszącej sukcesy, troskliwej matki, ale ja patrzyłam na nią z innej perspektywy. Zauważyłam, jak postawa Lumi stała się znakiem zapytania w chwili, gdy otworzyły się drzwi wejściowe. Zauważyłam, jak piwne oczy Maris nigdy nie dosięgnęły ciepła, które emanowały z jej ust.
„Czy Lumi zachowywała się przyzwoicie?” zapytała Maris przy kolacji, a jej nóż głośno stuknął o porcelanę.
„Była idealna” – powiedziałam, obserwując Lumi.