„Żadnych napadów złości? Żadnych… wybuchów emocji?”
Dłoń Lumi zacisnęła się na widelcu. „Nie, mamusiu”.
To było kłamstwo. Obie wiedziałyśmy, że to kłamstwo, ale milczenie między nami było paktem. Lumi broniła się, a ja zaczynałem zdawać sobie sprawę, że jeśli chcę ją uratować, muszę grać w tę grę
na warunkach Maris.
Dwa dni później, kiedy pomagałam Lumi włożyć sweter do szkoły, zobaczyłam je.
Były na jej ramionach – cztery małe, fioletowożółte owale po prawej stronie, pojedynczy, większy odcisk kciuka po lewej. Geometria była nie do pomylenia. Ktoś chwycił ją z taką siłą, że pękły jej naczynia włosowate pod skórą. Wzór dłoni.
„Lumi” – powiedziałam szeptem, a mój głos brzmiał jak profesjonalny spokój. „Skąd wzięły się te siniaki?”
Natychmiast szarpnęła rękawy, a jej twarz zamieniła się w kamienną maskę. „Upadłam”.
„Lumi, jako pielęgniarka mogę ci powiedzieć – to nie są siniaki od upadku. Wyglądają, jakby ktoś cię chwycił. Czy ktoś cię zranił?”
Panika – czysta, nieskażona błyskawica – błysnęła w jej oczach. „Spadłam z roweru w szkole. Proszę, Gideon. Po prostu upadłam”.
Nie miała roweru. Nawet jeszcze jej go nie kupiliśmy.
Tego popołudnia, kiedy Maris była w biurze, a Lumi w szkole, zrobiłam coś, o czym nigdy bym się nie spodziewała. Przeszukałam dom. Czułam się jak przestępca, ale medyczna profesjonalistka we mnie nie ignorowała tych znaków.