Bogata matka.
Potężna.
Złamana.
Matka, która jej szukała.
Wzrok Isabelle powędrował w dół, na wisiorek.
Potem z powrotem na twarz Elise.
Jej rysy.
Jej szare oczy.
Kształt jej ust.
Ta mała zmarszczka na brodzie.
Coś pradawnego, coś głęboko ukrytego, nagle się w niej obudziło.
„Jak masz na imię?” zapytała Isabelle.
„Elise Martin”.
„Kto ci nadał to imię?”
„Kobieta, która mnie wychowała. Nazywała się Madeleine Martin”.
Isabelle wzięła głęboki oddech.
To imię nic dla niej nie znaczyło.
Ale to już nie miało znaczenia.
Uniosła drżącą dłoń, nie śmiąc dotknąć Élise.
„Moja córka miała na imię Léa”.
Élise nie odpowiedziała.
To imię wisiało między nimi.
Léa.