Isabelle de Montclair była znana w całej Francji jako „Królowa Lodu” luksusowych nieruchomości.
Zimna. Niepokonana. Nietykalna.
W Paryżu, Cannes i Courchevel jej nazwisko otwierało drzwi do najwspanialszych prywatnych rezydencji, najbardziej ekskluzywnych sal konferencyjnych i przyjęć, na których miliony rozmawiały tak swobodnie, jak inni mówią o pieniądzach.
Ale za nienagannymi garniturami, antyczną biżuterią i spojrzeniem, na które nikt nie odważył się długo patrzeć, Isabelle nosiła ranę, której pieniądze nigdy nie były w stanie uleczyć.
Dwadzieścia dwa lata wcześniej zniknęła jej jedyna córka, Léa.
Była jeszcze niemowlęciem.
Pewnego letniego wieczoru, podczas wielkiego festynu parafialnego w małym miasteczku w Normandii, pośród straganów z ciastami, wiszących lampionów i bijących dzwonów kościelnych, Léa zniknęła.
Kilka sekund.
Tylko tyle wystarczyło.
Isabelle odwróciła głowę.
Tłum zebrał się przy wejściu do kościoła.
Kiedy odwróciła się z powrotem do wózka…
Léa zniknęła.
Od tego dnia Isabelle wydawała fortunę.
Wynajęła najlepszych prywatnych detektywów we Francji, skontaktowała się z byłymi policjantami, ponownie otworzyła tropy, opłaciła poszukiwania za granicą, umieściła twarz swojego dziecka we wszystkich regionalnych, a potem ogólnokrajowych gazetach.
Nic.
Ani śladu.
Ani wiarygodnego świadka.
Ani jednej odpowiedzi.
Pozostało jej tylko wspomnienie.
Tego wieczoru Léa miała na szyi delikatny złoty łańcuszek, wykonany na zamówienie przez jubilera z Place Vendôme.
Wisiorek w kształcie półksiężyca.
Z tyłu drobny grawerunek:
„I & L forever”
Isabelle i Léa.
Po tej stracie Isabelle się zmieniła.
Niegdyś promienna młoda kobieta zamilkła.
Potem stwardniała.