Imię, którego nigdy nie nosiła.
A jednak, słysząc je, coś głęboko w niej pękło.
Jakby otworzyły się starożytne drzwi.
Isabelle zrobiła kolejny krok.
„Miałaś małe znamię” – powiedziała nagle. „Tutaj”.
Położyła dłoń na swoim boku, tuż pod żebrami.
Élise zbladła.
Nikt w tym domu nie mógł o tym wiedzieć.
Powoli położyła dłoń w tym samym miejscu.
„Mam jedno”.
Isabelle wyrwała się z szlochu.
Tym razem nie mogła go powstrzymać.
Zachwiała się.
Królowa Lodu, ta, która nigdy nikomu się nie kłaniała, położyła dłoń na oparciu fotela, by nie upaść.
Goście, którzy jeszcze przed chwilą oceniali niezdarność pokojówki, teraz obserwowali, jak na ich oczach rozgrywa się historia większa niż oni sami.
Starsza kobieta, ozdobiona perłami, dyskretnie otarła łzę.
Ksiądz odwrócił wzrok.
Nawet pijany mężczyzna, który spowodował upadek tacy, pozostał nieruchomy, zawstydzony.
Elise z kolei nie wiedziała już, co czuć.
Strach.
Gniew.