Cisza, która zapadła, była bardziej gwałtowna niż krzyk.
Isabelle de Montclair lekko się cofnęła, jakby słowa Elise uderzyły ją w pierś.
„To niemożliwe…” wyszeptała.
Ale jej głos stracił wszelki autorytet.
Całe opanowanie.
Tylko strach.
Elise mocno zacisnęła palce na wisiorku.
Jej oczy błyszczały, ale jeszcze nie płakała.
Całe życie uczyła się powstrzymywać łzy.
„Znaleziono mnie przed kościołem” – powiedziała cicho. „W Normandii”. W wiklinowym koszu.
Dreszcz przebiegł przez salon.
Ktoś odetchnął.
Isabelle zamarła.
„Który kościół?” – zapytała.
Elise zawahała się.