Lekki dotyk.
Prawie nierealny.
I to było zbyt wiele.
Isabelle padła na kolana pośrodku marmurowego salonu.
Przed możnymi.
Przed bogaczami.
Przed tymi, którzy zawsze uważali ją za niezdolną do słabości.
Nie myślała już o swoim imieniu.
Ani jej rangi.
Ani jej imperium.
Płakała jak matka.
„Moja córko…” wyszeptała. „Moja mała Léa…”
Élise stała przez kilka sekund, przytłoczona.
Potem ona uklękła.