Isabelle spojrzała na swoje mokre buty.
Wtedy młoda pokojówka stanęła przed nią, drżąc.
„Naprawdę jesteś taka niezdarna, czy po prostu niekompetentna?” – warknęła lodowatym głosem.
Elise zbladła.
„Przepraszam panią, ja…”
„Przeprosiny niczego nie naprawią” – przerwała Isabelle. „Gdyby znalezienie kompetentnego personelu nie było takie trudne, już by pani wyszła. Po prostu rób swoje. A przede wszystkim nie wchodź mi w drogę, kiedy jestem w domu”.
Od tamtej chwili Elise żyła w strachu.
Sprzątała korytarze bardzo wcześnie, zanim pani zeszła na dół.
Zmieniała pościel, kiedy Isabelle była na zebraniu.
Unikała salonów, kiedy pani domu podejmowała gości.
W kuchniach inni pracownicy czasami patrzyli na nią z politowaniem.
„Nie bierz tego do siebie” – szepnął jej stary kamerdyner. Madame de Montclair tak traktowała wszystkich.
Ale Elise wiedziała, że to nieprawda.
Z nią było gorzej.
Jakby sama jej obecność irytowała tę kobietę.
Jakby przypominała jej coś, na co nie chciała patrzeć.
Potem nadszedł wieczór galowy.
Co roku Isabelle organizowała w swojej rezydencji wielkie przyjęcie charytatywne, z którego dochód przeznaczono na nieistniejącą już fundację dla dzieci.
Tego wieczoru cały dom przeszedł metamorfozę.
Stoły konsolowe zdobiły białe kompozycje kwiatowe.
Skrzypkowie grali przy dużym oknie wykuszowym z widokiem na ogród.
Tace z szampanem krążyły między ministrami, prezesami spółek z listy CAC 40, znanymi aktorkami i spadkobiercami starych rodów.
Goście uśmiechali się.
Biżuteria lśniła.
Rozmowy zeszły z giełdy na główne wydarzenie.