„Więc przez cały czas udawałeś biednego? Jakiś chory eksperyment społeczny?”
Odwróciłem głowę w jej stronę.
„Nie. Przez cały czas byłem bogaty. Byłem też człowiekiem. Tego właśnie nigdy nie rozumiałaś”.
Tym razem to ona pierwsza odwróciła wzrok.
Nadia pojawiła się w drzwiach, niepewna, jakby nie wiedziała, czy ma prawo istnieć w polu widzenia Delorme’ów. Podszedłem do niej,
Całkowicie ignorując rodzinę za mną, po prostu podałem jej mokry ręcznik, bo wciąż go trzymałem w dłoni, a w tym pokoju życzliwość wydawała się być najbardziej brutalnym gestem, jaki można sobie wyobrazić.
„Nadia” – powiedziałem cicho – „czy możesz mi przywołać samochód?”
Mrugnęła.
„Oczywiście, proszę pani”.
Potem, niżej, dyskretnie zerkając na Diane:
„Wszystko w porządku?”
To małe pytanie niemal mnie złamało.
Skinąłem głową.
„Dam sobie radę”.
Zniknęła.
Za mną Adrien powoli podnosił się z podłogi, a jego godność nikła w strzępach. Kiedy znów się odezwał, wyglądał na starszego. Nie mądrzejszego. Starszego.
„Kochałaś mnie?”
Pytanie zamroziło całą salę.
Diane wydawała się urażona, że ośmielił się ją o to zapytać. Henri wyglądał na zniesmaczonego. Mathilde zdawała się nagle zdawać sobie sprawę, że widzi mężczyznę zdolnego zadać takie pytanie w obecności kochanki i matki. Trzymałam rękę na brzuchu i wzięłam głęboki oddech, zanim odpowiedziałam.
„Tak”.
Adrien zamknął oczy.
„Dlatego mogłeś mnie tak bardzo zranić”.
Nie powiedziałam nic więcej.
Nie miał prawa do autopsji. Nie chciał słuchać, ile razy w myślach przepisywałam jego egoizm na zmęczenie, tchórzostwo na zagubienie, a pogardę na przejściową słabość. Miłość uczyniła mnie cierpliwą. Nie uczyniła go życzliwym.
Mój telefon znowu zawibrował.
„Arthur: samochód i ochrona za dwie minuty”.
Włożyłam go z powrotem do torby.
Diane uparcie próbowała się pozbierać, wybuchając oburzeniem.