Mokre ubrania przykleiły mi się do skóry. Skóra głowy piekła mnie z zimna. Dziecko znów się poruszyło, tym razem wolniej, a ja przycisnęłam obie dłonie do brzucha z delikatną, niemal zwierzęcą siłą. Byliśmy na miejscu. Wstrząs minął. Ładunek został odpalony. Promień rażenia pozostał, na razie, pod kontrolą.
Zadzwonił telefon.
Arthur.
„Powiedz mi”.
„Druga faza jest aktywna” – odpowiedział. „Wszystkie wybrane nieruchomości przechodzą kontrolę obłożenia. Usługi transportu dla kadry kierowniczej Delorme są zawieszone. Dwóch administratorów już zadzwoniło, żeby zdystansować się od Diane”. A twoja inicjatywa w kwestii regularyzacji personelu była doskonała: w ciągu dziesięciu minut znaleźliśmy sześć nieprawidłowości w wypłatach.
Zamknęłam oczy.
„Dobrze”.
Zapadła krótka cisza.
„Cassandro, mogę ci zadać pytanie?”
„I tak to zrobisz”.
Oddech, który brzmiał prawie jak śmiech.
„Zgadza się. Jesteś bezpieczna?”
Delikatność pytania zaskoczyła mnie.
Artur nie był łagodnym człowiekiem. Był na tyle kompetentny, by zdenerwować prokuratorów, i na tyle spokojny, by podpisać ekonomiczny wyrok śmierci, zamawiając herbatę. Ale krążył wokół mnie wystarczająco długo, by znać różnicę między zemstą a triażem. Wiedział, że dziś wieczorem nie chodzi o dumę. To był próg.
„Tak” – powiedziałem. „Jestem przemoczony, wściekły, wyczerpany, ale tak”.
„Bardzo dobrze”. Kazałem wysłać zespół medyczny do mieszkania przy Avenue.
Ulica Montaigne.
„Nie idę tam”.
Cisza.
„Dobrze. W takim razie dom przy Rue de Grenelle”.
O mało się nie uśmiechnęłam. Arthur zawsze miał kilka gotowych kryjówek, bo powyżej pewnego poziomu zamożności paranoja przestaje być zaburzeniem, a staje się infrastrukturą.
„To Grenelle”.
Kiedy przyjechałam, czekały na mnie dwie kobiety.