Henri Delorme, patriarcha, szef rodzinnej firmy deweloperskiej, kolekcjoner przemówień ministerialnych, ekskluzywnych lunchów i kupionych lojalności, posiwiał. Trzymał telefon w obu dłoniach, jakby w przeciwnym razie miał eksplodować.
w twarz.
„Co?” warknęła Diane. „Henri, co się stało?”
Nie odpowiedział od razu.
Uniósł wzrok i po raz pierwszy od sześciu lat spojrzał na mnie bez pogardy. Ani z czułością. Mężczyźni tacy jak Henri nie uczą się czułości po sześćdziesiątce. Ale patrzył na mnie z wyrachowaniem. A wśród mężczyzn u władzy wyrachowanie jest często najbliższą szacunku rzeczą.
„Halcyon” – powiedział w końcu.
Adrien zaśmiał się sucho.
„Co, Halcyon?”
Henri przełknął ślinę.
„Kodeks władzy w tym zakonie… pochodzi z założycielskiej struktury kontroli”.
Mathilde zmarszczyła brwi.
„Czy ktoś może mówić normalnie po francusku, proszę?”
Henri nie spuszczał ze mnie wzroku.
„To znaczy, że rozkaz pochodzi od kogoś, kto ma wyższą rangę niż cała rada nadzorcza Delorme”.
Adrien pokręcił głową.
„To niemożliwe”.
„Nie” – pomyślałem. „Po prostu nigdy ci to nie przyszło do głowy”.
Piękno władzy, kiedy wiesz, jak nią władać, polega na tym, że prawie nigdy nie trzeba jej ogłaszać. Zbudowałem Halcyon Participations właśnie na tej zasadzie. Żadnych portretów założycieli na okładkach magazynów. Żadnych wywiadów. Żadnych kultów jednostki. Publicznie Halcyon był wielowarstwową spółką holdingową inwestycyjno-operacyjną, z notorycznie dyskretnym zarządzaniem i niemal kliniczną zdolnością do przejmowania firm borykających się z problemami bez podnoszenia głosu. Prywatnie założyciel zachował absolutną władzę na mocy siedmiu uśpionych protokołów.
Tylko cztery osoby znały wszystkie siedem.
Arthur. Mój dyrektor finansowy. Mój szef bezpieczeństwa. I ja.
Diane znów się roześmiała, zbyt głośno.
„To niedorzeczne. Cassandre niczego nie posiada”.
W końcu na nią spojrzałem.
„Naprawdę?”
Zrobiła krok w moją stronę.
„Nie baw się ze mną w moim własnym domu”.
Ironia była tak gęsta, że niemal namacalna.