Całe pomieszczenie drgnęło z intensywnością.
To było subtelne. Krzesło zaskrzypiało. Uśmiech Mathilde się skrzywił. Adrien lekko się podniósł, jeszcze nie ze strachu, ale dlatego, że obudziło się w nim stare wspomnienie. Wspomnienie wersji mnie, której nigdy do końca nie zrozumiał. Tej z początku. Kobiety zbyt spokojnej, by pochodziła „znikąd”, zbyt precyzyjnej w słowach, zbyt nieczułej na luksusy dla skromnej dziewczyny, którą, jak sądził, poślubił.
Podniosłem serwetkę leżącą mi na kolanach i poklepałem się po twarzy.
Potem odezwałem się z tak nieskazitelną uprzejmością, że graniczyło to z okrucieństwem.
„Nie. Chyba zostanę na stojąco”.
Diane przewróciła oczami.
„A, oto i ona. Mała tragikomanka”.
Dziesięć minut.
Tylko tyle wystarczyło, żeby Protokół Siódmy wystrzelił pierwszą salwę.
Usłyszałem to przed nimi.