Powoli odsunęłam krzesło, na którym mnie posadzili, położyłam wilgotną serwetkę na obrusie i pozwoliłam, by mój wzrok błądził po pokoju. Portrety. Kryształ. Zasłony uszyte na zamówienie. Kredens zamówiony u włoskiego stolarza. Połowa tego, co zobaczyłam, przeszła, bezpośrednio lub pośrednio, przez łańcuch potwierdzenia, który przywrócił mi świadomość, ponieważ Delorme’owie od lat żyli na dźwigni, którą mylili ze swoją.
Uśmiechnęłam się.
To nie był miły uśmiech.
„Diane” – powiedziałam – „ten dom przestał być twój osiem minut temu”.
Mathilde wydała z siebie cichy, zduszony dźwięk.
Adrien zrobił krok naprzód.
„Wystarczy. Arthur Delatour pracuje dla Halcyon. Halcyon ma mniejszościowy udział w naszym długu, to wszystko”.
„Kiedyś to była prawda” – odpowiedziałam.
Otworzył usta, a potem je zamknął.
Bo Adrien nigdy nie czytał najnowszego planu restrukturyzacji. Nie był tam dwa lata wcześniej, podczas ostatecznego przejęcia. W tym tygodniu spędził kilka dni w Saint-Barth z Mathilde, udając grypę. Henri natomiast wiedział wystarczająco dużo, by zrozumieć, co to znaczy. Diane nie znała niczego poza pozorami. Mathilde z kolei czuła tylko, że ziemia się pod nią zapada i że nie wybrała odpowiednich butów na trzęsienie ziemi.
Henry powoli wstał.
„Cassandre”.
Nawet sposób, w jaki wymawiał moje imię, się zmienił.
Wolałbym raczej pogardę. Pogarda ma przynajmniej w sobie elegancję szczerości. Spóźnione uznanie, po upokorzeniu, to nic innego jak oportunizm, jak ponowne założenie krawata.
„Tak?”
„Mówisz mi… że jesteś większościowym udziałowcem Halcyon?”
Otarłem ostatnią kroplę wody z brwi.
„Nie”.
Adrien odetchnął, czując już niemal ulgę.
Wtedy dokończyłam zdanie.