Adrien Morel uśmiechnął się, kończąc filetowanie pięknego kawałka cielęciny w swoim małym sklepie mięsnym niedaleko paryskiego targu Aligre. Wytarł dłonie w biały fartuch, już poznaczony śladami codziennego noszenia.
„Wiem. Będę na czas”.
Przygotowywał się cały tydzień.
Nowa biała koszula kupiona za oszczędności, starannie wypastowane buty i prosta, ale starannie dobrana butelka wina.
To był pierwszy raz, kiedy Camille zaprosiła go do siebie.
I pomyślał… że to oznacza, że w końcu traktuje go poważnie.
Dom rodzinny Camille znajdował się w Neuilly-sur-Seine, przy cichej, wysadzanej drzewami ulicy, za wysoką, kutą bramą. Wysiadając z taksówki, Adrien poczuł się, jakby zostawiał za sobą własne życie i wkraczał w świat, który nie był jego.
Stał przez kilka sekund przed bramą.
Wziął głęboki oddech.
Wtedy zadzwonił dzwonek.
Gospodyni otworzyła drzwi i spojrzała na niego bez słowa, zanim wprowadziła go do środka.
Salon był ogromny, skąpany w ciepłym świetle antycznych żyrandoli. W powietrzu unosił się zapach drogich perfum, wosku i świeżych kwiatów.
Ale to, co sprawiło, że Adrien stanął jak wryty…
to widok przed nim.