Takim, jaki daje się komuś, kto w końcu przestał się okłamywać.
Tego wieczoru Camille wróciła do domu wyczerpana.
Bolały ją stopy.
Ramiona też.
Ale w głębi duszy coś wydawało się dziwnie lekkie.
Usiadła przy oknie swojego małego mieszkania, odłożyła torbę, patrzyła na migoczące w oddali światła Paryża i w końcu zrozumiała to, czego nigdy wcześniej nie chciała zrozumieć.
Nie musiała wracać.
Nie musiała odzyskiwać Adriena.
Nie potrzebowała mężczyzny, który naprawiłby to, co zniszczyła w sobie.
Tego, czego potrzebowała…
to odbudować siebie.
I robiła to.
Powoli.
Szczerze.
Dzień po dniu.
Z prawdziwym wysiłkiem.
Z pokorą, której nigdy wcześniej nie znała.
Z tą nowo odkrytą godnością, której nie da się kupić ani odziedziczyć.
Po raz pierwszy w życiu Camille nie szukała kogoś, kto by ją podniósł.
Uczyła się stać na własnych nogach.
I to…
było jej prawdziwe szczęście.