Miałem dwadzieścia lat, kiedy po raz pierwszy przycisnąłem twarz do ściany. Była zima, trzecia nad ranem. Cement był tak lodowaty, że palił skórę jak rozgrzane żelazo. Czułem ciepły oddech niemieckiego żołnierza na karku. Nie musiał mnie dotykać. Bliskość już stanowiła zagrożenie.
Moje ręce były splecione za plecami, a palce zaczynały tracić czucie. Nie wiedziałam, czy wrócę żywa do koszar. Nikt nie wiedział. To była ich metoda, trzymać nas między strachem a niepewnością, aż nasze dusze zaczęły pękać jak cienki lód pod stopami. Nazywam się Aé Delcour.
Urodziłem się w dolinie Loary, w wiosce tak małej, że nie pojawiała się nawet na mapach wojskowych. Mój ojciec był piekarzem. Matka zmarła na gruźlicę, gdy miałem 12 lat. Nauczyłem się wyrabiać chleb, zanim nauczyłem się czytać. Dorastałem, wdychając mąkę i drożdże, słuchając trzasku pieca o świcie.
Myślałam, że moje życie będzie proste. Wyjdę za mąż, będę miała dzieci, będę prowadzić piekarnię. Ale w 1943 roku prostota stała się luksusem, a dobroć zbrodnią. Wszystko zaczęło się od dwóch sąsiadek, Madeleine i jej córki Rachel, która była Żydówką. Mieszkały trzy domy niżej od naszego. Rachel miała siedem lat i lubiła rysować bochenki chleba na podłodze naleśnikiem.