Nie wiedział jeszcze, że rezydencja, rodzinny interes, a nawet konta bankowe, którymi arogancko się chwalił, wciąż stoją dzięki mnie.
„Chcę ją zobaczyć na kolanach, wyznającą wszystkim, że ukradła naszyjnik, zanim wezwę policję!”
Głos Adriena Beaumonta rozbrzmiał echem w wielkim salonie, jakby należał nie tylko do tego domu, ale i do mojej godności.
Stałam przy rozbitym szklanym stoliku kawowym, z rozciętą dłonią i wzrokiem wpatrzonym w niego.
Obok niego Camille, jego kochanka, poprawiała czerwoną sukienkę z udawaną delikatnością kobiet, które doskonale wiedzą, co właśnie spowodowały.
Moja teściowa, Hélène de Beaumont, przycisnęła do piersi puste aksamitne pudełko. Spojrzała na mnie, jakbym samym oddechem zbrudziła antyczny parkiet.
„Ten szmaragdowy naszyjnik należał do mojej matki” – powiedziała lodowatym głosem. „Kobieta taka jak ty nie powinna nawet na to patrzeć”.
„Nic nie ukradłam” – odpowiedziałam.
Nie zdążyłam dodać ani słowa.
Uderzenie obróciło moją twarz w bok.
Adrien właśnie mnie uderzył na oczach swojej pani, matki, służby, szofera, który stał nieruchomo przy wejściu, ze spuszczonymi ze wstydu oczami.
Nie wstydzi się za siebie.
Wstydzi się za mnie.
„Nie mów tak do mojej matki” – powiedział Adrien głosem, którego nie rozpoznałam. „Włożyliśmy już wystarczająco dużo wysiłku, żeby przyjąć cię do tej rodziny. Daliśmy ci dom, imię, miejsce na świecie. I tak nam dziękujesz?”
Policzek mi płonął.
Ale najbardziej bolało mnie to, że jego ręka wciąż drżała.
Żadnych wyrzutów sumienia.
Żadnego gniewu.
Camille delikatnie położyła palce na jego ramieniu.
„Kochana, odpuść sobie. Niektórzy ludzie nigdy nie uczą się zasad dobrego wychowania.”
Hélène uśmiechnęła się blado.