„Nic ci nie robię, Adrien. Odbieram ci tylko to, co nigdy nie było twoje”.
„Claire, błagam cię…”
Słowa wyszły z cichym szeptem.
Nieszczęsne.
Te same usta, które zaledwie kilka godzin wcześniej kazały mi uklęknąć, teraz szukały ukojenia w litości pośród ruin, które stworzyły.
„Nie błagaj mnie, żebym ocalił to, co zniszczyła twoja arogancja”.
„To było nieporozumienie. Moja matka była zrozpaczona. Camille…”
„Camille ukradła naszyjnik”.
Cisza.
„Co?”
„Mam nagranie”.
Próbował przemówić, ale jego głos był słaby.
„Nie… musiałaś źle zrozumieć”.
„Zrozumiałem doskonale. Poszła do garderoby, wzięła naszyjnik, włożyła go do torebki i pozwoliła twojej matce mnie oskarżyć. A ty mnie za to uderzyłeś”.
Tym razem cisza była dłuższa.
To nie była skrucha.
To było wyrachowane.
Adrien zawsze potrzebował kilku sekund, żeby wymyślić kłamstwo, które mogłoby go uratować.
„Claire, posłuchaj. Jeśli to prawda, zajmę się tym. Porozmawiam z Camille. Przeproszę. Ale nie ma potrzeby angażować prawników. Jesteśmy mężem i żoną”.
„Już nie jesteśmy”.
„Nie możesz tak po prostu wszystkiego zniszczyć!”
„To nie ja wszystko zniszczyłam”.
Mój głos pozostał cichy.
„Jesteś, kiedy podniosłeś na mnie rękę”.
Rozłączyłam się.